Pewnie trafiliście tu zupełnie przypadkowo i nie macie pojęcia, o co chodzi. Już wam tłumaczę.
Siedząc nad referatem, który musiałam ostatnio napisać, zdałam sobie sprawę z jednej słodko-gorzkiej umiejętności, którą posiadłam przez te niecałe dwa lata studiów. Jakiej? Czytania całej strony, że tak powiem, naraz. Chodzi tu o to, że zamiast czytać każde zdanie i akapit po kolei, prześlizguję się jedynie po tekście, wyłapując te fragmenty, które mogą mnie zaciekawić.
Co w tym złego - zapytacie. Przecież to bardzo ułatwia pracę, kiedy mam przed sobą kilkaset stron nudnego, socjologicznego bełkotu albo tysiąc pięćset sto dziewięćset artykułów z kodeksu do przejrzenia. Jasne! To prawda. Smutne jest jednak to, że przyłapałam się na tym, że kiedy trafiam na jakiś bardzo długi opis w książce, który mnie nuży, zaczynam robić to samo.
To z kolei wywołuje u mnie wyrzuty sumienia, no bo przecież kupiłam książkę, którą chciałam przeczytać, a więc wydałam na nią zarobione ciężko pieniądze. W innym wypadku dostałam ją. Tak czy siak, ktoś musiał za nią zapłacić, a ja zamiast przeczytać wszystko, od deski do deski, skupiam się tylko na tych ciekawszych fragmentach.Oczywiście, kiedy to nie są teksty na studia, to nie skanuje wzrokiem całych stron, a jedynie zjadam jeden, czy dwa akapity na stronie, ale nadal jest mi przykro, że to się dzieje.
Co uważacie na temat tego zjawiska? Zaczęłam się zastanawiać, czy inni też funkcjonują w ten sposób. No, bo rozumiem, żeby ominąć na przykład kawałek opisu, kiedy ten ma blisko dziesięć stron, ale kiedy ma pół?
W każdym razie napiszcie mi w komentarzach, czy też czasem zdarza wam się zjadać fragmenty książek, czy nie. Naprawdę ciekawi mnie, czy to normalnie zjawisko, które z czasem pojawia się u wszystkich, którzy książki zamiast czytać to wciągają.
Czekam na wasze komentarze i do zobaczenia niebawem!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz